Draconia On-Line

2010.09.04-05 Dziczy Szlak - Roki

Lato powoli dobiegało końca, gdy Książę Wszebor, na swego serdecznego druha Lubomira Rusa zaproszenie, ruszył wraz z drużyną w długą i niebezpieczną podróż do grodu Wihor, co pośród łąk w południowej stronie dumnie się wznosi. Okazja była nie byle jaka, bowiem Lubomir, doceniając mądrość i sławę naszego Księcia, poprosił go o wzięcie udziału w Rokach. Ponieważ wiadomym jest, że mniejszy oddział chyżej podróżować może, i mniej zwraca uwagę postronnych, wziął Wszebor ze sobą jeno kilku ludzi – dziesiętnika Ciecha, oraz wojów Oryla i Izbora. Jednak gdy dotarli na ziemie południa, Lubomir przydał im do pomocy i ochrony jeszcze ludzi i koni, gdyż jak plotka niosła, w okolicy zbój Sławomir ze swą bandą grasować począł, i już dwakroć na tabory kupieckie napadł, łupy biorąc, a obrońców bez litości w pień wycinając. I takoż w dalszą drogę w większej gromadzie ruszyć nam przyszło. Nie była to jednak droga łatwa. Najpierw przewodnik, przez Lubomira dany, miast traktem, począł orszak książęcy przez najgorsze chaszcze i ugory prowadzić. Wspinano się pod górę, tylko po to, by zaraz w dół złazić. Brodzili wojowie w strumieniach i przez bagna się przedzierali. A przewodnik głuchy był na ich sarkania, gdyż taki go strach przed Sławomirem zdjął, że żadną mocą nie można go było do powrotu na trakt przymusić. Gdy wreszcie na popas stanęliśmy, Lubomir sam we własnej osobie się pojawił, świetnego rumaka prowadząc dla naszego Księcia, głosząc wieść złą przy tym. Oto juczne konie, co to zapasy i ekwipunek niosły, do lasu umknęły, juki ze sobą porywając. I nie leżało w ludzkiej mocy, aby je pochwycić, tak szybko bowiem się oddaliły. Nie zważając na to, Wszebor w dalszą drogę ruszyć kazał, chcąc za dnia jak najwięcej drogi pokonać. A gdy słońce poczęło chylić się nad horyzontem, w lesie bukowym na wzgórzu, obóz rozbijać nam przyszło. Po całym dniu wędrówki, ze zmęczenia ledwo żywi, wiele mieli wojowie na odpoczynek nadziei. Jednak Pan Bóg nie patrzył na nas w ten dzień okiem łaskawym. Ledwo bowiem gałęzie na posłania przygotowano, ledwo skóry na legowiska naszykowano, ledwo ogień wesoło zapłonął, a znużeni wędrowcy do snu się szykować poczęli – deszcz z pełną mocą w obóz uderzył, i do samego rana nie odpuścił. Mało również brakowało, aby koń książęcy przepadł – gdy noc spędzał do drzewa przywiązany, wataha dzików doń się zbliżyła, a ten, strachem zdjęty, linę przegryzł prawie wśród przekleństw wojów, rżenia, kopyt walenia, i dzików hałasowania. Gdy wreszcie świt upragniony począł las rozjaśniać, nie było w obozie nikogo, kto by w nocy oczy choć na chwilę zmrużył. I nie było nikogo, kto zziębnięty i przemoczony do suchej nitki by nie był. Zwinęliśmy obóz zatem, a po przewodnika odpowiednim potraktowaniu, raz-dwa na trakcie się znaleźliśmy, który jak się okazało, niezbyt daleko przebiegał. Po naradzie z Lubomirem, Książę, mając na względzie wojów swych i sobie podległych kondycję marną, siły podzielił, i część ludzi do grodu po wozy posłał, sam jeno z kilkoma przy trakcie pozostawszy. A poranek mglisty był jak rzadko kiedy, i na trzydzieści kroków konia byś nie dostrzegł, o człowieku czy słudze nie mówiąc. Jak udało się Sławomirowi w taką mgłę nas znaleźć, on jeden wie. Widać z diabłem samym pakt podpisał, który mu czas i kierunek wskazał, gdyż gdyby zbój ten wszeteczny chwilę wcześniej się napatoczył, z całą naszą mocą mierzyć by się musiał. A tak, kilku mężów ledwie za broń chwyciło, aby Księcia i życia swego bronić. Wypadli na nas z mgły niczym wilki wygłodniałe, szaleństwo w oczach mając. Szczęknęła stal, świsnęły strzały, jednak od razu widać było, że siła i fortuna przy zbójach stoją. Książę rozkazem ludzi przy sobie zebrał, i w las zapadliśmy, dobytek na pastwę napastników pozostawiając. Szczęściem, że żaden z nich w chaszcze zapuszczać się nie chciał, jeno ograbili nas snadnie, łupy biorąc, i w dalszą drogę idąc. Tym razem Sławomir szczęście miał. Jednak odwrócą się losy jeszcze, bo kto z Wszeborem zwady szuka, ten znajdzie ją prędzej czy później, i swej śmiałości z pewnością pożałuje…



Polski English